logo_nowe (144 kB)
Nasze pasje i hobby
  • Czytam, bo lubię!
  • Czy marzenia są realne?
  • „Mecz z Wiślakiem”
  • Historia moja pasja
  • Moje hobby
Kącik Młodego Literata

Zapraszamy do lektury niesamowitych opowieści młodych autorów, uczniów naszej szkoły. Przeniosą nas do innego, stworzonego przez siebie świata, w którym wszystko może się zdarzyć. A może spotkamy tu swoich znajomych, zupełnie jak na Facebooku?! Przekonajcie się sami.

Czytam, bo lubię!

Tak, są jeszcze młodzi ludzie, którzy czytają, ponieważ sprawia im to przyjemność. Wbrew panującym przekonaniom, że dzisiejsza młodzież wpatrzona jest jedynie w ekrany komputerów, smartfonów i innych elektronicznych „cudów”, przedstawiamy fanów literatury, którzy dzięki swojej wyobraźni potrafią przenieść się do magicznego świata. Prezentujemy tu ich prace poświęcone tym „literackim eskapadom”. Może nas też zabiorą ze sobą? Zapraszamy!

Agnieszka Suszek, kl. VII a

J. K. Rowling, autorka Harrego Pottera, stworzyła świat, który dla wielu czytelników (dla mnie również) jest odskocznią od rzeczywistości. Jest zupełnie inny od tego, w którym żyjemy my. Jest tak jakby podzielony na dwie strefy. Pierwsza to ta „zwyczajna”, ta, która jest podobna do naszej. Jednak druga jest pełna magicznych istot z nadprzyrodzonymi mocami. Właśnie w niej mieszka i żyje tytułowy bohater naszej ukochanej serii - Harry Potter.

Harry stracił swoich rodziców, gdy miał około roku. Gdy miał jedenaście lat dowiedział się, że pochodził z czarodziejskiej rodziny. Od tamtego momentu miał zacząć chodzić do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, jednej z trzech szkół dla czarodziejów w Europie. Jak na jedenastoletniego chłopca był dość niski i chudy. Kruczoczarne wiecznie rozczochrane włosy odziedziczył po ojcu, Jamesie Potterze, zaś zielone oczy - po matce, Lily Evans. Wzrok miał dosyć słaby, przez co musiał nosić duże okulary. Na jego czole widniała mała blizna w kształcie błyskawicy - jedyna pamiątka po pamiętnej nocy, o której słyszał chyba każdy czarodziej.

Otóż, rodzice Harrego nie zginęli w wypadku samochodowym, jak wmawiało mu wujostwo od najmłodszych lat. Zostali zabici z ręki okrutnego czarnoksiężnika Lorda Voldemorta (w książce zwanego także Tomem Riddlem, Sami Wiecie Kim, Czarnym Panem, lub Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać). Chciał on też pozbyć się Harrego. Jednak Lily zginęła oddając życie za Harrego, dając mu w ten sposób pewnego rodzaju ochronę. Gdy Voldemort rzucił zaklęcie w kierunku rocznego dziecka, to odbiło się od niego i ugodziło czarnoksiężnika. Sami Wiecie Kto, półżywy, oszołomiony i pozbawiony ciała uciekł do Albanii i nikt go później nie widział. Od tego czasu Harry zyskał sławę w świecie czarodziejów, zyskując miano „Chłopca, który przeżył”.

Harry był chłopcem niezwykle bystrym i błyskotliwym. W wielu przypadkach wykazał się wielką odwagą ratując życie swoim przyjaciołom, którymi byli Ronald Weasley i Hermiona Granger. Razem z nimi rozwiązywał rozmaite zagadki i nie raz stawiał czoła Voldemortowi. Dzięki swojej inteligencji i błyskotliwemu umysłowi razem z nimi potrafił odkryć największe tajemnice. Był niezwykle zdeterminowany i niezłomny. Dążył do celu mimo wszelkich przeciwności i braku wiary. Przy jego przygodach często pomagało mu szczęście. Jego sława bardzo mu przeszkadza. Nie lubił publicznych wystąpień. Miał świetne umiejętności przywódcze i nie okazywał słabości. Przyjaciół stawiał na pierwszym miejscu i był gotów za nich umrzeć. Ojca uznawał za wzór do naśladowania. Jednak odziedziczył po nim dar wpadania w kłopoty. Miał dość ognisty temperament, często wybuchał i krzyczał. Jedne z nielicznych jego wad to duma, łatwowierność, a czasami też lekkomyślność. Lecz z natury Harry to dobry chłopak, uprzejmy i miły.

W „drugiej strefie” życie było zupełnie inne. Zwykli ludzie, tzw. „mugole”, nie mieli pojęcia o istnieniu czarodziejów. Gdy któryś z nich zbliżył się do Hogwartu, został powitany tabliczką informującą, że przed nim stoi opuszczony zamek, z którego zostały jedynie ruiny.

Czarodzieje dzielą się na trzy statusy społeczne: czystej krwi (zarówno matka, jak i ojciec to czarodzieje, np. Ron Weasley), brudna krew (tzw. „szlamy”, są to osoby pochodzące z mugolskiej rodziny, np. Hermiona Granger) i półkrwi ( gdzie jeden z rodziców jest czarodziejem, a drugi jest brudnej krwi, np. sam Harry). Moim zdaniem Harry Potter jest godzien poznania.Wzbudza sympatię i sprawia dobrze wrażenie, a ja sama chylę czoła pani Rowling, że zdołała napisać tak niesamowitą i ciekawą opowieść, a każdemu, kto teraz czyta moją pracę, mówię:

Kochani Mugole! Jeżeli szukacie jakiejś ciekawej książki na długie godziny lub chcecie poznać oryginalną historię, polecam wybrać właśnie serię o Harrym Potterze, bo naprawdę warto.

Agnieszka Suszek, 12 lat
klasa VI a, Szkoła Podstawowa w Końskowoli

Czy marzenia są realne?

Kolejny, monotonny dzień, taki sam jak inne. Niczym déjà vu. Miałam nadzieję, że dzisiaj stanie się coś innego, coś, dzięki czemu to nudne życie nabierze kolorów. Niestety to tylko nadzieja, codziennie o tym myślę. Chciałabym coś zmienić, ale nie potrafię. To tylko marzenie. Eh.. Tylko… Czym naprawdę jest marzenie? Pewnie uznacie, że to pytanie retoryczne, że to jest cel, do którego chcę dążyć. Tak naprawdę to jest kłamstwo, mgliste złudzenie… Znowu prawie spóźniłam się na lekcję. Tak… Ja i moje poczucie czasu. Na drugie piętro dotarłam równo z dzwonkiem. Ze spuszczoną głową weszłam do klasy i siadłam na samym końcu, w moim ulubionym miejscu, tam gdzie nie docierają rozmowy innych uczniów. Wyjrzałam przez okno. Wiosenne słońce coraz śmielej wstępowało na niebo. Co chwilę chowało się za drobnymi obłoczkami, by za moment znów rozbłysnąć blaskiem. Nasza wychowawczyni, która była przemiłą i bardzo uroczą kobietą, zamiast usiąść za biurkiem, stanęła na środku klasy, uśmiechając się promiennie, (tylko pozazdrościć dobrego humoru!). Poczekała, aż klasa umilknie, a potem zaczęła mówić. - Dzień dobry, kochani!

- Dzień dobry, pani Adrianno! -odpowiedziała klasa chórem. - Mam dla was bardzo dobrą informację. Z okazji pierwszego dnia wiosny, razem z innymi nauczycielami i radą rodziców zdecydowaliśmy, że urządzimy piknik, tym bardziej, że pogoda jest przepiękna. Teraz na każdej twarzy malował się piękny uśmiech. Na każdej oprócz mojej. Piknik oznacza wesołe pogaduchy, śmiechy, i ludzi. A za tymi trzecimi akurat nie przepadam. Spokojnym krokiem podchodziliśmy do drzwi. Gdy pani pozwoliła nam udać się do szatni, cała grupa, niczym stado żarłoków, które od kilkunastu godzin nie widziało jedzenia, rzuciła się do przodu. W ostatnim momencie odskoczyłam w bok. Gdy reszta już zbiegła, ja zaczęłam powoli schodzić po schodach. Po dziesięciu minutach byliśmy gotowi. Pani Adrianna razem z którymś z rodziców niosła dla nas przysmaki. Spokojnie wyszliśmy na zewnątrz. Powietrze aż pachniało świeżością. Malutkie listki z naszego parku rzucały cień na szarą kostkę. Trawa ożyła i zrobiła się bardzo zielona, a gdzieniegdzie błyszczały się kropelki rosy. Zauważyłam malutką pszczółkę, która podleciała do ślicznego, fioletowego kwiatuszka. Woda w małym potoczku rozbijała się o kamienie pieniąc się. Brzozy wiszące, rosnące nad tym strumyczkiem, dodawały uroku całemu temu miejscu.

Wyruszyliśmy w drogę. Od razu rozpoznałam tę ścieżkę. Prowadziła na moją ulubioną łąkę. W tym roku jeszcze tam nie byłam,

więc ucieszyłam się na myśl, że zobaczę to przepiękne miejsce. Myślałam, że tylko ja je odwiedzam, ale nie wiedziałam, że pani Adrianna też je zna. Tak naprawdę odkąd je odkryłam, nie widziałam w nim nikogo.

- Proszę pani… Chciałam się zapytać, czy długo pani wie o tym miejscu?- powiedziałam nieśmiało.
- Od kilku lat, ale nie miałam czasu tam zaglądać. Widzę, że ty też je kojarzysz, Emmo. Podoba ci się?
- Bardzo - uśmiechnęłam się promiennie. - Najbardziej lubię siedzieć pod drzewem wiśniowym.
-Tak, jest bardzo piękne. Jeżeli chcesz, możesz pójść przodem.
-Na razie nie, wykorzystam odpowiedni moment - uśmiechnęłam się szeroko.
-Dobrze - rzekła, po czym zaśmiała się cicho.

Po kilku minutach wkroczyliśmy na łąkę. W sumie można to miejsce nazwać bardziej sadem niż łąką. Wszystko było dokładnie takie, jak zapamiętałam. Wszędzie było pełno krokusów i tulipanów, i fiołków, i mleczy, i w ogóle wszystkiego. Było tak zielono! Dookoła rosły piękne drzewa owocowe, które przeplatały się z dębami, sosnami i brzozami. Pośrodku stała drewniana chatka, a obok niej przepiękne, wiśniowe drzewo. Całe było obsypane różowym kwieciem. „Mój” domek był w nienaruszonym stanie. W środku, w szafkach leżały moje ulubione książki. Pamiętam mój zapał, by przywrócić tę „ruinę” do porządku. Miałam z tym tyle zabawy! Dzielnie nosiłam deski i gwoździe, i wymieniałam je tam, gdzie mogłam.

Gdy dzieciaki nie mogły wyjść z podziwu i stały jak kołki, ja przyśpieszyłam kroku. Nie mogłam się doczekać, kiedy znów usiądę pod wiśnią. Kilka metrów przed domkiem ktoś mnie popchnął i przewróciłam się. Byłam cała umorusana ziemią na twarzy i na ubraniach. Podniosłam wzrok do góry. Alan uśmiechał się złośliwie, po czym obrócił się na pięcie i podszedł do mojego drzewa i mojej chatki, a później razem ze swoją obstawą wygodnie usiadł pod drzewem. Po chwili zaczął się z czegoś głośno śmiać. Szybko wstałam i pobiegłam w las. Niedaleko był mały strumyk. Obmyłam sobie twarz i spojrzałam w swoje odbicie. Nie mogłam na siebie patrzeć. Pojedyncza łza spłynęła po policzku i wpadła do wody. Ze spuszczoną głową wróciłam na łąkę. Podeszłam do smukłej brzózki, oparłam się o pień i zaczęłam rozmyślać. Czemu ludzie tak mnie nie cierpią? Wszyscy nauczyciele i dorośli mówią mi, że jestem miła i pomocna, a rówieśnicy traktują mnie jak koło ratunkowe, którego można się czepić, kiedy nie ma się nikogo, a gdy wszystko wróci do normy, rzucają je w kąt i przypominają sobie o nim, kiedy potrzebują pomocy. Takie i podobne myśli krążyły mi po głowie. Zaczęłam uwalniać emocje na zewnątrz wraz z piosenką.

„People help the people
And if you're homesick, give me your hand and I'll hold it
People help the people
And nothing will drag you down
Oh, and if I had a brain,
Oh, and if I had a brain.
I'd be cold as a stone and rich as the fool
That turned all those good hearts away”

Nie zauważyłam, kiedy zgromadziła się koło mnie spora grupka uczniów. Wraz z kolejnymi dźwiękami zaczęli spuszczać głowy i poddawać się melancholijnemu nastrojowi piosenki. Gdy skończyłam śpiewać, wszyscy zaczęli klaskać i wiwatować. Właśnie wtedy zaczęłam wierzyć w marzenia.

Piętnaście lat później …

Skończyłam pisać kolejną piosenkę. Teraz wystarczy stworzyć muzykę i nagrać ją. Wstałam z kanapy, odłożyłam laptop na bok. Usłyszałam pukanie do drzwi.

-Proszę - odpowiedziałam cicho.
Do pokoju wszedł Alan. Uśmiechnęłam się lekko.
- Skończyłaś już?
- Dosłownie przed chwilką.

Usiadł koło mnie i wziął tekst. Przebiegł wzrokiem po kartce, po czym pokiwał głową z uznaniem.

-Niesamowite. Jak ty to robisz?- zapytał.
-Nie wiem. To przychodzi. Ot tak - odparłam lekko. - Dziękuję. Gdyby nie ten wypadek piętnaście lat temu, nie wiem, czy teraz nie siedziałabym na kanapie przed telewizorem.
Zaśmiał się cicho.
-Ja też dziękuję, że było mi dane wtedy usłyszeć twój śpiew.
Wtuliłam się w niego. Nagle drzwi się otworzyły. Stała w nich Lena. W małej rączce trzymała wytarmoszonego pluszowego króliczka. Małą piąstką przecierała oczy.
-Czemu nie śpisz, kochanie? -spytałam łagodnie.
-Nie mogłam zasnąć. A wy co robicie?
-Mówiłem właśnie twojej mamie, jak bardzo ją kocham -odpowiedział Alan.

 

Praca została zgłoszona do konkursu „Wiosna, ach, to ty” organizowanego przez GOK w Końskowoli w roku szkolnym 2016/2017. Autorce przyznano drugie miejsce w kategorii uczniów klas IV – VI szkoły podstawowej.

„Mecz z Wiślakiem”

Czy znasz, drogi Czytelniku, bajeczne opowieści o mitycznych stworach, pochodzących z ludowych podań postaciach i istotach, na myśl o których włos jeży się na głowie? W dniu, który opisuje ta historia, ja również je znałem. Zawsze mnie fascynowały, jednakże nigdy nie traktowałem ich zbyt poważnie – w końcu to tylko bajki, które opowiadała mi babcia, żebym szybciej zasnął. Fakt jednak, że je znałem, wcale nie zmniejszył mojego przerażenia w momencie, w którym opowieści te okazały się prawdą..

Był ciepły sierpniowy wieczór, powietrze było gorące, ale już wieczornie rześkie. Słońce mimo późnej godziny wciąż znajdowało się wysoko na niebie, a komary jeszcze nie zdążyły się pojawić. Wraz z kolegami graliśmy w piłkę na jednym z nadwiślańskich boisk. Parę godzin intensywnej rywalizacji o umieszczenie okrągłego, skórzanego przedmiotu między dwoma patykami należącymi do drużyny przeciwnej mocno dały nam się we znaki, więc podczas tego specyficznego dla każdego letniego dnia momentu, kiedy powietrze jest gorące, lecz już wieczornie rześkie, a mimo późnej godziny, komary nie zdążyły się jeszcze pojawić, leżeliśmy bez tchu na murawie boiska odpoczywając i wspominając najlepsze zagrania z dzisiejszych meczów. Nagle Barry (pseudonim związany z szerokim jak na swój młody wiek obwodem obręczy barkowej), po tym, jak już wyrzucił z siebie wszystkie argumenty przemawiające za tym, że to jego drużyna grała lepiej, mimo formalnej przegranej w punktach, wpadł na pomysł. Wszyscy pozostali, w tym ja, unieśli się z zaciekawieniem z trawy - Barry rzadko wpada na pomysły, więc w pewien sposób każdy z nich jest zaskakujący. Osiłek uśmiechnął się i spytał:

– Kto chce popływać?

Po krótkiej naradzie, podczas której padł argument, że i tak wszyscy jesteśmy już mokrzy, cała nasza zgraja pobiegła na najbliższą plażę, gdzie, zrzuciwszy uprzednio w biegu koszulki i korki, wskoczyliśmy do wody. Była lodowata i trochę śmierdząca, ale spokojne fale Wisły przynosiły nam upragnione ochłodzenie i obmycie się z potu, więc nam to nie przeszkadzało. Taki kompromis – niby śmierdzisz wodą z rzeki i dygoczesz z zimna, ale z drugiej strony marzyłeś o czymś takim cały dzień, więc jest ci dobrze. Nie zapominajmy również o tym, że w wodzie byliśmy bezpieczni od ataków komarów, które z racji późnej godziny zdążyły się już przed paroma chwilami pojawić.

Kąpaliśmy się w ten sposób przez paręnaście minut, po czym, uznawszy, że kompromis nie jest już zadowalający i jest nam po prostu zimno, wypełzliśmy na plażę. Ktoś przyniósł piłkę, a nam po kąpieli wróciły siły i energia, więc zaczęliśmy grać w piłkę plażową. Po kilku minutach gry zauważyliśmy, że parędziesiąt metrów od nas stoi mały chłopiec, który od jakiegoś czasu nam się przyglądał. Po krótkiej naradzie, podczas której padł argument, że mamy nieparzystą liczbę osób i przydałby się dopełniający zawodnik do jednej z drużyn, Barry i Jaś zostali wysłani w delegację, mającą na celu przekonanie nieznajomego do wspólnej gry. Ekspedycja zakończyła się powodzeniem prawdopodobnie z racji dyplomatycznych zdolności Jasia i wspomnianego już obwodu obręczy barkowej Barrego. Tak czy inaczej, po chwili wrócili do nas wszyscy trzej, a nieznajomy stał się znajomy:

- Cześć, Bartek Wiślak jestem.

Okazało się, że chłopak naprawdę nieźle gra w nogę. Biegał po całym prowizorycznie wytyczonym boisku tak, jakby nie musiał oddychać – w ogóle nie dostawał zadyszki, nie musiał się zatrzymywać by odsapnąć. Zapytany o to, jak mu się to udaje, odrzekł uśmiechając się, że ma po prostu szerokie stopy, dzięki czemu lepiej biega po piasku. Mecz zakończył się wynikiem 12 : 7 dla drużyny Barrego, w której grał też ten niezmordowany Bartek. Jaś – kapitan przegranej drużyny próbował dyskusji o tym, że mimo formalnej porażki w punktach jego drużyna grała w rzeczywistości lepiej, lecz zmarszczone brwi i wyeksponowana obręcz barkowa Barrego ucięła jego wywód.

Czas był, by wracać do domu. Pożegnaliśmy się z tymi, którzy wracali inną drogą oraz z nowo poznanym Bartkiem, którego wszyscy polubili mimo specyficznej cichości w sposobie bycia i tajemniczych uśmieszków, które lubił posyłać przy różnych okazjach. Gdy już się rozchodziliśmy, okazało się, że Bartek idzie w jeszcze inną, trzecią stronę. Spytany o kierunek ponownie uśmiechnął się tajemniczo i wskazał ręką na… Wisłę. Mimo nierozumnych spojrzeń z naszej strony nie odparł już nic, a gdy się odwrócił ja zauważyłem jedną rzecz, której nie dostrzegłem u niego do tej pory, a która w tamtym momencie mnie przeraziła – Bartek miał na szyi cienkie, ledwo widoczne szczelinki. Gdy szedł w stronę rzeki, szczelinki te zaczęły się poszerzać. Nagle Bartek Wiślak wskoczył do ciemnej, lodowatej wody i więcej się nie pokazał. Po chwili usłyszeliśmy tylko plusk płetwy wynurzonej z wody paręset metrów od nas. Może to była płetwa, może po prostu szeroka stopa Bartka – tego nie dowiem się już zapewne nigdy. Ważne jest jednak to, że dzięki propozycji kąpielowej Barrego miałem możliwość poznać najprawdziwszego w świecie wodnika, znanego mi dotychczas jedynie z opowieści babci. Nie wiem, jak to doświadczenie wpłynie na moje życie, ale wiem jedno – moje wnuki będą mogły słuchać niesamowitych opowieści na dobranoc.

Karol Pytlak, kl. VI a

Historia - moja pasja

Mam wiele różnych zainteresowań, jednak największą moją pasją jest historia. Rozwijam ją od kilku lat i nigdy nie jestem nią znudzony.

Historia jest fascynującą dziedziną nauki. Zagłębiając się w nią odkrywamy ciągle coś nowego, ciekawego. Poznajemy losy naszych przodków, często tragiczne wydarzenia dla naszej ojczyzny, takie jak wojny i powstania. Bardzo lubię rozmawiać z ludźmi, którzy chętnie wspominają dawne czasy. Żałuję, że nie żyje żaden z moich pradziadków, który pamiętałby tamte wydarzenia. Ponieważ nie mam możliwości porozmawiać z osobami pamiętającymi II wojnę światową, a bardzo mnie ten okres interesuje, czytam książki opowiadające o losach Polaków w tamtym czasie. Pierwszą książką którą przeczytałem o tej tematyce, była powieść pt. "Dziadek i niedźwiadek" Łukasza Wierzbickiego.

Bardzo spodobała mi się opowieść o niedźwiadku, który zachowywał się jak prawdziwy żołnierz. Przeczytałem ją z zapartym tchem i zachęcałem kolegów do sięgnięcia po nią. W ubiegłym roku moją pasję pogłębił nauczyciel historii. Lekcje prowadzone przez panią Iwonę Stefanek są tak interesujące i ciekawe, że nawet nie zauważam, kiedy mija 45 minut. Chętnie wykonuję dodatkowe prace na tematy historyczne.

W ostatnich latach bardzo zainteresowałem się historią naszej miejscowości. Tegoroczny konkurs Zabytki Końskowoli i ich historia nawet udało mi się wygrać. Przygotowując się do niego poznałem losy dawnych właścicieli Końskowoli, dowiedziałem się dużo o naszych zabytkach i wielu znanych osobach związanych z Końskowolą.

Żałuję bardzo, że tak mało moich rówieśników interesuje się historią. Chciałbym częściej mieć okazję do rozmów na tematy, które mnie ciekawią. Cieszę się, że mój brat cioteczny jest studentem historii, więc przynajmniej z nim mogę podyskutować na historyczne tematy, a przede wszystkim dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy, o których jeszcze się nie uczyłem. Czasem także gramy razem w gry komputerowe z fabułą historyczną. Przechodząc przez kolejne poziomy gry mogę się przenieść w dawne czasy, poznać życie ludzi z różnych epok, ich zwyczaje, dawne zawody. Bardzo dużą przyjemność sprawia mi czytanie książek i czasopism historycznych. Często oglądam filmy historyczne a następnie omawiam je z bratem. Zdarza się także, że dyskutuję na temat historii na różnych forach internetowych. Dzielimy się na nich swoimi poglądami. Jest to bardzo ciekawe i rozwijające.

Mam zamiar pogłębiać moją pasję. Jest to tak szeroka dziedzina, że wiele lat poświęcę na dokładne poznanie jej. Nie będzie to trudne, ponieważ historia jest dla mnie nie tylko źródłem wiedzy ale także rozrywki.

Tomek Czarnowski, kl. VI b

Moje hobby

Moje hobby to jeździectwo, które uprawiam od siódmego roku życia. Na początku opowiem, dlaczego interesuję się jazdą konną. Zaczęło się od wyjazdu razem z mamą do Lublina na Cavaliadę. Są to zawody i targi jeździeckie – największe w Polsce. Patrzyłam, jak jeźdźcy na koniach z gracją pokonują kolejne przeszkody składające się na parkur.

W pewną niedzielę wieczorem ( Cavaliada trwa cztery dni ) odbywały się różne pokazy, m.in. woltyżerka, czyli jedna z siedmiu dyscyplin jeździeckich, które są wspierane przez Międzynarodową Federację Jeździecką. W dyscyplinie tej zawodnik wykonuje ćwiczenia gimnastyczne i akrobatyczne na galopującym koniu, prowadzonym na lonży. Zaczęłam szukać stajni woltyżerskich w okolicy, ale najbliższa była dopiero jedną godzinę drogi od mojego domu. W końcu znaleźliśmy stajnię oddaloną o osiemnaście kilometrów, oferującą naukę jazdy konnej. Tam, czyli w Stajni Bajka nauczyłam się jazdy konnej i trenuję w niej skoki przez przeszkody już od pięciu lat.

Skoki przez przeszkody to olimpijska dyscyplina jeździecka wywodząca się z tradycji polowań na lisy. Obecnie zaczynam starty w zawodach w klasie mini LL, czyli z przeszkodami ustawionymi do 60 – 70 cm, a na treningach skaczę do 90 cm. W tym roku, a dokładnie 30 lipca 2017 pomyślnie zdałam egzamin (z jedną z wyższych not, czyli 6,5 p. w ujeżdżaniu na koniu Teqiero i 5,5 p. w skokach przez przeszkody na koniu Midnight Magic) i otrzymałam Brązową Odznakę Jeździecką.

Trenuję moją dyscyplinę pod okiem pani Jadzi. Lubię jeździectwo, bo to ciekawy i rzadki sport, który jest moją pasją. Marzę, aby dostać się do kadry narodowej seniorów i reprezentować Polskę na olimpiadzie i w mistrzostwach.

Natalia Lipnicka, kl. VI b


Szkoła Podstawowa im. Henryka Sienkiewicza w Końskowoli
2001-2017